sobota, 26 września 2009
Portugalia
czwartek, 24 września 2009
Radio Euro "oto foto"
środa, 23 września 2009
Mbini cd.
Mbini
Pojechaliśy więc w sobotę po pracy do Baty. Zameldowalismy się w Hotelu La Paz (po godzinnej tułaczce po okolicy w ciemnościach probując ustalić gdzie to się on znajduje). W Hotelu już raz byliśmy – pierwsza nasza noc na afrykańskim kontynencie. Jest to najlepszy hotel jaki tu widziałam, choć w Polsce pewnie dostałby z jedną, no może dwie gwiazdki. Cena za nocleg ze śniadaniem to kwota 60.000 FrCfa (około 90 Euro), więc dosyć wygórowana.
Meldując się do hotelu trzeba wypisać kartę meldunkową, dość szczegółową. Oprócz standardowych pozycji jak imię i nazwisko, numer paszportu, narodowość zawiera także datę urodzenia, wykształcenie, kiedy przyjechało się do Gwinei, po co, z kim, na jak długo i ... numer telefonu. I to pojawił sie problem, bo my nie mamy komórki tutaj, a Sergia firmowy telefon nie ma tu zasięgu. „Jak to nie macie, każdy ma. To jak my się z wami skontaktujemy”. Po nieco dłuższej wymianie zdań, pan w recepcji odpuścił nam, ale z jego miny wyczytać można było lekkie niedowierzanie.
Rano, około 9ej wyjechaliśmy w poszukiwaniu Mbini. Po około 10 minutach już się zgubiliśmy. Nie trudno o to, gdy po pierwsze podróżuje się bez mapy, po drugie oznakowanie terenu pozostawia więcej niż wiele do życzenia, po trzecie wymówienie „Mbini” nie jest łatwe, ale też nie wydaje się zbytnio skomlikowane, a wszystkie nasze konwersacje z tubylcami wyglądały mniej więcej tak: „Przepraszam, która to droga do Mbini? Co? Mbini!! hę?! M B I N I!!!! Aaa Mbini to tędy, tamtędy, a potem zapytajcie”.
W końcu udało się, a pomogł nam kierowca jakieś zdezelowanej cieżarówki przewożącej piasek. Pare kilometrów jechaliśmy za nim, a że droga była klasy XYZ, średnia szybkość, z jaką się poruszaliśmy była bliska 10 km/h. Z niedowierzaniem wyprzedzały nas, czasem też trąbiąc, inne samochody, mniej zdezelowane od furgonetki, za która podążaliśmy w naszym nowiuśkim, jeszcze lśniącym jeepie.
Niedzielny ranek, słoneczny, ale nie upalny, właściwa droga do Mbini, a na drodze ruchu prawie wcale. Spokojnie suniemy do przodu podziwiając obrazy przesuwające sie wzdłuż drogi. I nawet przez moment doświadczamy uczucia jak tu pięknie, jak tu czysto, jak ci mieszkańcy mijających wioseczke dbają o swoje domostwa. Domy nawet są ponumerowane (bazgroł olejną farbą gdzieś w okolicy drzwi), co pierwszy raz udaje nam się tutaj zaobserwować.
Droga mija przyjemnie. Na rozgałęzieniach wybieramy zawszę tą drogę, która wygląda na solidnijszą i tak jedziemy przez około 2 godziny. Po drodzę zatrzymujemy się przy rzece, która kaskadami rozlewa się po okolicy. Jak tu ładnie.
Oczywiście, że poczekamy nigdzie nam sie nie spieszy. To tylko 1,5 godziny. W tym czasie zwiedzamy okolice w ciągu całych 15 minut. Zostajemy też pouczeni, że nie powinniśmy sie zbytnio oddalać, bo osoby z promu zobaczą, że jesteśmy niezainteresowani i pójdą sobie do domu. Ale my chcemy zobaczyć Mbimi, więc twardo czekamy. Sergio zdąrzył się zaprzyjażnić z lokalną ludnością, obiecując jedemu koszulkę Sporting Lisbona (Sergia ulubiony klub piłkarski), a drugiemu używany telefon komórkowy.
Zbliża się czas przeprawy. Po drugiej stronie wody nie widzimy żadnego miasteczka, więc pytamy ile czasu będziemy płynąc do Mbini. „Jak to?? Jesteście w Mbimi” po czym natępuje chwila konsternacji, ale jak to, jak?? Po powrocie trzeba będzie przestudiować mapę dokładnej i zobaczyć jak to zrobiliśmy, a na razie pozostało nam przeprawienie się promem i podróż powrotna do Baty. I jak sie okazało prom jest całkowicie darmowy ... ale my musieliśmy (w tym wypadku też chcieliśmy) zapłacić.
Tak, Afryka pewnie zaskoczy nas jeszcze nie jeden raz.
Pierwsze zdjęcie to Bolondo (tam chcieliśmy się przeprawić), a kolejne to Mbini. Zdjęcia zrobione na promie podczas przeprawy.
Już za dzień .... WAKACJE!!!
Najpierw 3 godziny w samochodzie do Baty. W Bacie nocleg i następnego dnia rano wylatujemy do Malabo – przynajmniej w to wierzymy, że tak będzie. W Malabo spędzamy cały dzień w oczekiwaniu na lot do Frankfurtu. Nie mialam okazji jeszcze zwiedzać Malabo, więc bedzie sporo czasu, bo wylecimy stamtąd dopiero za dziecieć minut do północy. We Frankfurcie bedziemy około 6 rano i .... dalej nie wiem, bo cały czas nie mamy potwierdzenie na lot do Lizbony. W każdym bądz razie w sobotę, o bliżej nieznanej mi godzinie, ale raczej poźnej, usiadę sobie w ogródku kawiarnianym i bede sączyć herbate!!!!!!! i jeść lody!!!!! To na pewno wynagrodzi mi trudy podróżowania.
I tak dwa tygodnie, a potem ..... a potem ta sama droga tylko w stronę powrotną, na czerwony ląd, który jest tymczasowym moim domem.
A co do herbaty, to pocztą w stronę Portugalii zmierza przesyłka wysłana przez Kochaną Mamę ... a w środku ... dużo herbaty!!!!!!
wtorek, 15 września 2009
certyfikat
niedziela, 6 września 2009
Grilowanie
Nasz najnowszy nabytek - gril, niestety węgla drzewnego nie dorzucono w komplecie. Sergio dzielnie walczył z jego rozpaleniem powodując zadymienie i opylenie okolicy :) dzięki czemu mięsko i platan nabrały korzennego zapachu świeżego, mokrego drewna.
Nikt nie mówił, że w Gwinei będzie łatwo ... (a ja się schowałam w domku i robiłam zdjęcia z ukrycia, hihihi)

piątek, 4 września 2009
Giganci cd
Żeby nie było, że w Afryce są tylko wielkie wszelkie robaki, motyle też mają pokaźne rozmiary. Ten został uchwycony w drodze na lunch.

Pedro próbował sfotografować się z nim, ale motyl był za szybki :) Uciekając spoliczkował skrzydłem Sergia, heheh :) Oczywiście motyl nie Pedro :)))










