czwartek, 30 lipca 2009

Karta rezydenta

2009.07.22

Po trzech tygodniach spedzonych w ogrodzeniu, nadarza sie okazja wyjascia na zewnatrz. Musimy jeachac do Bata, zeby zalatwic formalnosic zwiazane z przyznaniem nam karty pobytu rezydenta.
Baze opuszczamy okolo godz 18.30. Zaczyna sie juz sciemniac, za pol godziny bedzie juz ciemno zupelnie. Ostrzegali nas, zeby jak to mozliwe, unikac podrozowania noca. W tym przypadku to nie mozliwe, musimy byc w Bata na posterunku policji jutro o 10ej.
Pierwszy raz zostajemy zatrzymaniu do kontroli w Evinayong. Standardowa kontrola dokumentow: karty rezydenta lub paszportu. Na nasze zapytanie, czy wszystko ok i moze juz jechac, pojawia sie, podobno nie mniej standardowe stwierdzenie, «Zimno mi»... i nic innego nie pozostaje jak pomoc biedaczysku - oczywiscie pomoc finansowo :) Bez tego moglibysmy tam stac i stac (i pewnie marznac i marznac podaczas afrykanskich cieplych nocy). W drodze zostajemy zatrzymani do kontroli jeszcze 3 razy, ostatni raz juz na przedmiesciach Baty. Dwa punkty mijamy bez problemy, w ostatnim na pytanie czy mozemy jechac, nie pojawia sie zadna odpowiedz, taaa brak odpowiedzi jest odpowiedzia na to co musimy zrobic - siegnac do kieszeni, w Bata jest juz drozej ... w koncu najwieksze miasto Gwinei Rownikowej.

Po kolacji w Restauracji Central - wydaje sie jakby nie bylo innych restauracji w miescie jedziemy do hotelu. Nie jest to ten sam, w ktorych spalismy jak tylko przyjechalismy. Wyjezdzamy na peryferia miasta. Domy z murowanych zamieniaja sie w drewniane, parterowe zabudowania, robi sie coraz brudniej i ciemniej, nie wszyscy maja elektrycznosc. W koncu jest, Hotel Iliachi. Z zewnatrz wyglada przyjemnie, podobno to jeden z nowszych hoteli tutaj - co nie oznacza ze ma ok. 10 lat. Dostajemy pokoj 205, na parterze. Prosty maly pokoj z lazienka. Jest i telewizor! Sergio na wszelkie sposoby probuje go podlaczyc do sieci, nie daje rady. E tam, moze byc i bez telewizora. Ku swojemu wielkiemu przerazeniu odkrywam, ze lazienka przedstawia obraz rozpaczy. Wanna ´zyje´jeszcze wspomnieniami gosci z przed kilku tygodni albo miesiecy, podobnie pozostala czesc lazienki. Coz jeden dzien bez kapieli nikomu jeszcze krzywdy nie zrobil, a uzycie ten wanny moze grozic urazami do konca zycia. Postanowione, dzisiaj robie sobie dzien dziecka!

środa, 29 lipca 2009

Moj dom gwinejski

Dostalismy z przydzialu nasze wlasne m-3.


Domek znajduje sie w przyjemnej, spokojnej dzielnicy, otoczonej zewszad zielenia, nawet zdarzaja sie drzewa tropikalne. Osiedle jest jednym z wiekszych w okolicy, sklada sie z okolo 30 domow. W poblizu nie ma zadnych ruchliwych drog, czy zakladow zanieczyszczajacych srodowisko. Ruch na naszej ulicy raczej jest niewielki. Nasze osiedle jest ogrodzone. Mamy nawet straznikow pilnujacych spokoju i zeby zadna niepowolana osoba nie dostala sie na teren naszego osiedla. Spokojnie mozna spacerowac wieczorem. Wszyscy sasiedzi sie znaja. Do pracy tez nie mam daleko-jakies 3 min spaceru. Mamy tez w nasze dzielnicy bar i restauracje. Wszedzie jest niedaleko, hihihi.
Oto restaruracja i bar :)

Domek jest nowiutki, drewniany, calkiem przyjemny. Wyposazony w pelni. Sklada sie z 2 pokoi i jednego sporego salonu z aneksem kuchennym. Kazdy pokoj ma klimatyzator, bo bez tego ani rusz tutaj. Temperatura pokoju, gdy wracam z pracy jest w okolicach 25 st C. Domek-cud malina. aaaa mamy wolny pokoj - ktos chce przyjechac na wakacje??

wtorek, 28 lipca 2009

Mbam

2009.07.01
Jedziemy z Bata do miejscowosci Mbam. Podroz zajmuje nam okolo 3 godzin.

Nie wiem ile to jest dokladnie kilometrow, wiekszosc drogi i tak przesypiam. Z tego co pamietam, to droga nie jest zla, asfaltowa, co chwila mijamy jakies wioseczki. Pachnie mi tu inaczej. Sergio mowil mi ze Afryka ma swoj specyficzny zapach. Mi sie kojarzy ... z ciasteczkami, cos pomiedzy herbatnikiem a ciastkiem korzennym. Zapach jest taki ciezki, duszny, przesiakniety pylem z czerwnej drogi i zapachem lokalnych ludzi, a oni pachna inaczej niz my.
Wioseczki to kupka domow wzdluz drogi. Za nimi od razu wyrasta dzungla. Domki drewniane, z okiennicami, rzadko oszkolone okna. Mieszkancy siedza przed domem na lawkach, polnagie dzieci wesolo biegaja, bawia sie. Miedzy domostwami widac spacerujace kury, swinki czy kozy i psy. Te ostatnie nie maja tutaj `pieskiego zycia´. Chude, zabiedzone z zapadnietymi brzuchami, czesto okulale, wlacza sie bezpansko. Tylko raz widzialam z okna przejezdzajacego samochodu psa, ktory byl szczesliwy na widok powracajacego wlasciciela. W wiekszych wioskach maja swiatlo w domu albo na zewnatrz, uliczne; mniejsze wioseczki mijane wieczorem sa zupelnie ciemne. Widac tez spacerujacych ludzi z recznikami czy naczyniami, wracaja znad strumienia-okolicznej pralni, lazni czy miesjca gdzie mozna umyc naczynia.

Po drodze mijamy tez rozne patrole-nie udaje mi sie ustalic czy policyjne, wojskowe czy inne. Najwazniejsza rzecz - sa uzbrojeni, wiec trzeba ostroznie do nich podchodzic, ale nasz kierowca jest stad, wiec bez zadnych przeszkod kontynujemy podroz.


Okolo 19ej dojezdzamy na baze. Tu teraz bedziemy mieszkac. Jest juz zupelnie ciemno. W Afryce dzien i noc sa prawie rowne, od 6.30-19ej jest jasno. Nie ma zmroku, naszej polskiej szarowki, gdzie nawet jak slonce zachodzi jeszcze przez chwile jest jasno. Tutaj jakby ktos swiatlo wylaczyl-ciemno/jasno/ciemno.

piosenka dzisiejsza: nic mi nie przychodzi do glowy, bedzie bez piesni.

Bata

2009.06.30

Lotnisko w Bata przywitalo mnie taka sama procedura jak w Malabo - zdjecie, skany odciskow kciukow i dodatkowo co nie pojawilo sie wczesniej - pytanie w jezyku hiszpanskim (ktorego za cholere nie rozumialam). Sergio przyszedl mi z pomoca, tylko ze on wiedzial o co pytaja ale nie znal odpowiedzi. Wzbudzilo to ogolne zdenerwowanie funkcjonaroiuszy ... Pytanie brzmialo: »»Gdzie bedziesz mieszkac?«« Dobre pytanie, tylko skad wziac na nie odpowiedz. «Dokladnie, ja tez chce w koncu wiedzic, niech mi ktos powie gdzie ja bede mieszkac!!!» Po lekkich przepychankach slownych i pomocy Venslau, naszego opiekuna w Bata, udalo mi sie przejsc w jednym kawalku.

Gdy opuscilismy budynek bylo juz zupelnie ciemno. Temperatura okolo 26 st C, duszno, goraco-jak ja to przezyje. Pierwszy nasz posilek w Restauracji Central (kuchnia libanska) i dzisiejszy nocleg w Hotelu La Paz (izraelski). Hotel czysty, schludny, mila obsluga. Hotel jest czescia integralna szpitala mieszczacego sie obok, gdzie lecza miedzy innymi malarie-dobrze wiedziec!!! Zasypiam z obawa co przyniesie jutro.

Umowilismy sie z Venslau na 8 rano. Dziesiec minut przed czasem juz czekamy przed hotelem,w pierwszy dzien nie wypada sie spoznic. To byla nasza pierwsza lekcja puntualnosci afrykanskiej. Jeszcze pozniej doswiadczylismy paru innych, rownie ciezkich. 8.00, 8.15, 8.30, 9,00 Zasypiam na siedzoco na krzesle. Nie bardzo mamy gdzie isc, bo Hotel polozony jest na uboczu. Widze tylko jakies zabudowanie, male domki podobne do tych naszych dzialkowych, porozrzucane po okolicy. Ulica przejezdzaja samochody w najrozniejszym stanie zuzycia. Nauczylam sie rozrozniac taksowki - zdezelowane auta pomalowane na bialo/niebiesko ze swiatlem utrafioletowym w srodku (to akurat widzialm noca) i z nadprogramowa ilosci pasazerow w srodku. Zreszta ich jest tu najwiecej. Inne pojazdy to glownie sprzet budowalany i pick up. Wszystko jezdzi, chociaz wyglad mowi, ze to przeczy prawom mechaniki i techni. Co wiecej, wydaje sie jakby tu nie bylo ograniczenia predkosci - wszyscy pedza na zlamanie karku. Od czasu do czasu, czyli z czestotliwoscia co 5 sek slychac klakson. Moja droga dedukcji zaprowadzila mnie do stwierdzenia faktow, ze albo sie pozdrawiaja tak miedzy soba (zdecydowanie za glosno i za czesto) albo poprostu lubia sobie potrabic.

Venslau ostatecznie dotarl do nas, wczesniej anonsujac sie telefonicznie. A Sergia nie ma nigdy jak jest potrzebny. Podchodzi do mnie kierownik hotelu i wrecza komorke - gestem i pewnie slowami wskazujac, ze to do mnie! «Do mnie?? tutaj?? kto??» Na moje halo uzyskuje odpowiedz w nieznanej mi mowie, angielski tez nie skutkuje, z rozpacza w oczach biegam z komorka w reku po hotelu w poszukiwaniu Sergia, ktorego oczywiscie nie znajduje. Wreczam komorke pani w recepcji, nie mniej zdziwionej niz ja. Niech sie dzieje co chce, ja nic z tego nie rozumiem. Sergio pojawia sie pare chwil po zdarzeniu, jakby niby nic - ze akurat zachcialo mu sie sikac w nieodpowiednim momencie. Okazuje, sie ze to nasz Vensalu dzwonil, ze zaraz bedzie ... a zaraz bedzie tez juz i 10-ta.

Moze w normalnym zyciu zadko to dostrzegamy ale kazde zdarzenie ma pewien cykl dzialan i poszegolne kroki do jego realizacji. W Afryce jest to bardzo zauwazalne, glownie ze wzgledu na czas jaki jest potrzebny zeby poszczegolny krok, kroczek, polkroczek zrobic.

Co musimy zalatwic dzisiaj w Bata to tutejsze prawo jazdy i karta rezydenta.

Potrzebujemy do tego zdjec (ze nikt nam o tym wczesniej nie powiedzial) i wypelnienia jakis tam papierkow, ksera pazportow. Zeby zrobic zdjecia potrzebujemy pieniedzy (ktorych nie mamy), a ze pieniadze nie rosna na drzewie to trzeba je wybrac z banku. Zeby udac sie do banku po pieniadze, trzeba pojechac do biura i wziac dyspozycje wyplaty gotowki z konta (firmowego) itd, itp. Do 13ej zdarzyam tylko udac sie za Venslau do banku (wyszedl stamtad z przezroczysta reklamowka pelna pieniedzy??!!) i zrobic zdjecia. Zdjecia, jak wskazuje nazwa miejsca (Foto Rapido), bylo szybkie, tylko 10 min oczekiwania. Zaklad fotograficzny jest sporych rozmiarow, staja tam ze 3 maszyny do drukowania zdjec, z tego 2.5 wyglada na niedzialajace. Pracownikow krci sie ze 4, chociaz my jestesmy jedynymi klientami i nie wyglada na to, ze maja duzy ruch. Jedno ujecie z cyfrowej lustrzanki i za chwile wydruk. Co mnie zaciekawia to wielkie plachty zrolowane pod sufitem, ale zaraz dostrzegam ich przeznaczenie - chcesz miec zdjecie w zielonym ogrodzie - plachta nr3, w ruinach jakiegos chinskiego miasta - nr2, a moze pustynia?? do wyboru do koloru, kazdy znajdzie dla siebie odpowiednie tlo.

Po odebraniu zdjec i stwierdzeniu faktu, ze wyglada sie jak 100 nieszczesc, idziemy do znanej nam juz Restauracji Centralnej na obiad. Venslau w miedzyczasie naszego czekania na zdjecia, stwierdza, ze pojdzie cos zalatwic, zeby bylo szybciej (szybciej w Afryce - nie da rady!). Jemy obiad, mija kolejna godzina. Okolo 15ej podchodzi do nas wlasciciel lokalu i wrecza komorke, czyzby?? Tak, to Venslau, zaraz podesle kogos do nas, zeby przewiozl nas do biura. Czy on tutaj zna wszystkich??

W biurze idzie juz szybko - przepakowujemy sie do vana i z okolo 16ej jedziemy na budowe, na baze, do naszego gwinejskiego miejsca zamieszkania.

Zdjecia Baty z «ukrytej kamery», bo zabronione podobno jest robienie zdjec.



song na dzisiaj: Michael Buble, Home (I wanna go home! Ja chce do domu!)

sobota, 25 lipca 2009

Witamy w Gwinei Rownikowej

A wiec udalo sie, jestem. Przybylam, zobaczylam, ale czy zwyciezylam-to sie jeszcze okaze.

Zanim postawilam stope na czarnym ladzie, chociaz wedlug mnie bardziej odpowiednia nazwa to czerwony lad, przynajmniej w miejscu gdzie aktualnie jestem, spedzilam mnostwo godzin w samolocie z Frankfurtu. Wystarczylo, zeby zobaczyc 3 filmy:
Transporter 3, Lektor, Slumdog. Milioner z ulicy. Wybor nieprzypadkowy, na zasadzie kino lekkie, latwe i przyjemne, podane w prostej postaci, zreszta wyboru wielkiego nie bylo :) Oczywiscie zamierzeniem moim bylo robic zdjecia i ogladac widoki za oknem jak bedzemy leciec nad Morzem Srodziemnym, Sahara, zachodnia Afryka, ale nie, nie dane mi to bylo. Wszystkie miejsca przy oknie byle zajete, dostalismy te w srodkowym rzedzie. Samolot olbrzymi, pasazerow okolo 200. Gwinea to nie koniec lotu dla niektorych, koncowy przystanek to Nigeria. My bylismy w klasie ekonomicznej, klasa biznes oraz pierwsza opanowana byla glownie przez rdzennych mieszkancow Afryki-«biedna» Afryka, wlasnie widze.

Ladowanie w
Malabo, w stolicy. Godzina 20sta, temperatura 26 stponi C, za oknem ciemno. Stojac w kolejce do odprawy zaczepil mnie rodak, z Gdanska. Pracuje gdzies w okolicach Malabo na platformach. Pewnie uslyszal jak przed samym startem samolotu rozmawialam z Mama. Hehhe ale zbieg okolicznosci. Oczywiscie Sergio komentuje to w typowy dla siebie sposob, «fode-se».
Odprawa - skan paszportu, skanuja linie papilarnych z obu moich kciukow i na koniec jeszcze fotka z kamerki. Podobno to skan siatkowki oka. Robi wrazenie. Ale gdy sie temu przyjrzec blizej to lekcja pokazowa. Zadne skanowanie siatkowki, normalne zdjecie. Panowie funkcjonariusz nie za bardzo chyba jeszcze byli przyzwyczajeni do pracy z nowymi urzedzeniami, bo to ja balansowalam cialem i plecakiem w waskim przejsciu w poszukiwaniu kamery, zeby byc na srodku zdjecia, ale nie kamera byla ustawiana na mnie. W sumie - do kazdej rzeczy mozna podjec z conajmniej dwoch stron :)
Nastepnie obowiazkowe przeszukanie bagazy, czy aby nic groznego nie wwozimy. Sergio powiadal jak jego kolega zabral ze soba 5 par spodni, bojowek-na lotnisku zrobiala sie afera, bo podejrzewano go o chec stworzenia jakies organizacji paramilitarnej :). Potem sprawdzone torby podpisywane sa kreda, nasze mialy zolty wzorek.
Plan byl taki, ze nocujemy w Malabo. Plany oczywiscie sa po to, zeby zycie je modyfikowalo. Lecimy do Baty, tam bedziemy spac. No to lecimy!!! Samolot lokalnego przewoznika jest, zaraz odlatuje, pasazerow mnostwo, trzeba zalatwic bilety, jednej torby nie mozemy ze soba wziac, bo za ciezka do kabiny - mamy wszystko `polapne´, ... tylko w miedzyczasie samolot odlecial. Pech to pech. W Afryce nie ma pecha. Lecimy do innego przewoznika - «samolot bedzie oczywiscie», kupujemy bilety. Tym razem mamy bilety ale jeszcze nie wiadomo do konca czy bedzie samolot. Jest, lecimy. Ladujemy. Caly ten proces mozna bylo ogladac przez przednia szybe samolotu. Kabina pilotow nie byla zamknieta, pewnie ze wzgledu na panujacy w samlocie upal. Mozna bylo zobaczyc jak wyglada kierowanie lotem i ladowanie na zywo. Robi wrazenie. A potem juz tylko Bata. Bem-vindo Bata.
Piesn na dzisiaj: I will survive (w wolnym tlumaczeniu - zywcem mnie nie wezma)

powitanie

witam wszystkich

niedlugo cos sie tutaj pojawi, no chyba ze utone w instrukcjach «jak to kurcze dziala». Cierpliwosci.
W Afryce czas plynie powoli, bardzo powoli...
wersja caly czas testowa(na).