piątek, 18 grudnia 2009
W drodze
piątek, 4 grudnia 2009
Koledzy
Jak to szczeniak, jak już mu damy czym żołądek zapełnić, zaczyna psocić i dokuczać Gringo. Na szczęście Gringo też lubi zabawę.
Mam nadzieję, że do naszego wyjazdu uda nam się podtuczyć małego.

Na końcu ulubione pozy Gringo - wpatrywanie się w drzwi. Jak to nie skutkuje to okno obok zostaje zaatakowane - podrapane i poślinione.
środa, 2 grudnia 2009
Wybory prezydenckie
To były już piąte "wolne wybory" od "uzyskania niepodległości" w 1979 roku. Czym się różniły od poprzednich? Śmiało mogę powiedzieć, że pewnie nie, choć jeszcze rok temu nie bardzo wiedziałam, że istnieje i gdzie leży Gwinea Równikowa. A nie, jest jeden drobny szczegół - procent głosów, ale zapewne nie będzie on niższy niż 95%. Oficjalne ogłoszenie wyników w 7 grudnia.
| Wybory prezydenckie | Miejsce | Procent głosów | Liczba głosów | Uwagi |
|---|---|---|---|---|
| Referendum 1982 | 1 | 95,38% | 139 777 | jedyny kandydat w referendum konstytucyjnym |
| Wybory 1989 | 1 | 99,96% | jedyny kandydat w wyborach prezydenckich | |
| Wybory 1996 | 1 | 97,85% | bojkot opozycji | |
| Wybory 2002 | 1 | 97,1% | bojkot opozycji |
Źródło: Wkikipedia http://pl.wikipedia.org/wiki/Teodoro_Obiang_Nguema_Mbasogo
Kto więc zatem wygrał wybory? Miłościwie nam panujący Teodoro Obiang Nguema Mbasogo. No cóż ... Zainteresowanych wyżej wymienionych odsyłam tutaj do zapoznania się z jego barwnym, głownie naznaczonym czerwonym kolorem, życiem.
Chciałabym skorzystać z okazji i podzielić się z Wami z tego co tu zaobserwowałam w ciągu kampanii wyborczej i samego dnia wyborów.
Że odbędą się w kraju wybory trudno było nie zauważyć nawet naszym podwórku. Miesiąc temu, w dzień wypłaty, wszyscy zostali zebrani do kupy i pouczeni odnośnie zbliżającego się dnia wyborów. Zwłaszcza, że podczas ostatniej elekcji, zdarzyło się, że ktoś nie głosował tak jak należy. Nie odbyło się przy tym bez krzyków, chóralnych przytakiwań i innych objawów radości. Potem kilka krotnie nasi pracownicy musieli być zawiezieni do pobliskich miejscowości na różne wiece przedwyborcze. Dla większej pewności i świadomości elektoratu, wiece też "przyszły" do nas na bazę. Przyjechało paru oficjeli, zebrali wszystkich (około 100), ustawili w dwuszeregu i zaczęli przemawiać, rozdawać koszulki i inne gadżety (które też dostałam, sfotografuje i zamieszczę, obiecuję) Nie muszę oczywiście nadmieniać, że to odbywało się w godzinach pracy i raczej było zaskoczeniem dla samego pracodawcy. Parę razy też się zdarzało, że zajechały do nas na patio samochody z piskiem opon, migające jak lampki na choince (taka moda, żeby jeździć na światłach ostrzegawczych), trąbiące wniebogłosy, z tłumem ludzi pędzących za nimi ... i zbierających rozrzucane rzeczy, takie jak koszulki z wizerunkiem tego jedynego, materiał na sukienkę dla żony - z wizerunkiem tego jedynego, znaczki i inne niezidentyfikowane przedmioty.
Załatwienie jakieś sprawy w urzędzie w okresie kampanii jest niemożliwe, wszyscy są zaangażowani. Pod koniec października nasze paszporty pojechały do Baty, żeby dostać wizy na wyjazd grudniowy ... do dnia dzisiejszego nie powróciły ... wybory.
Kolega przyjechał do Gwienii pod koniec września, czeka na kartę rezydenta, bez której nie może się nigdzie ruszyć, jeszcze się nie doczekał ... wybory.
Z relacji Pedro, co tydzień przed dniem 0 był w Bacie, dowiedziałam się, że jednego dnia pojawiły się plakaty opozycji w nawiązujące do wolnych wyborów - dzień później były one zrywane przez dzieci w asyście milicji. Niestety zdjęć nie posiadam, a zrobienie pewnie groziłoby nielichymi konsekwencjami...
Z pobliskiej wioski Mbam, już w piątek przed wyborami, zostali aresztowani niewygodni obywatele...
Nadszedł weekend wyborczy. Akurat ten weekend nie musieliśmy pracować, zwykle ostatni weekend w miesiącu mamy wolny i można pojechać do cywilizacji ... No ale nie tym razem.
Pracować, nie pracowaliśmy - bo nie można było (przeddzień wyborów), pojechać do Baty nie mogliśmy - przeddzień wyborów, pojechać gdziekolwiek nie mogliśmy - bo dzień przed wyborami, w dniu i dzień po obowiązywał zakaz poruszania się środkami zmechanizowanymi, pracowania i pewnie jeszcze parę innych.
......
Z ostatniej chwili... wyczytałam na oficjalnej stronie Gwinei Równikowej, tutaj link że prezydent zdobył 95,2%. Tylko??
CDN
czwartek, 26 listopada 2009
wtorek, 24 listopada 2009
Motylki
czwartek, 5 listopada 2009
poniedziałek, 2 listopada 2009
ten od Adama, Ewy i jabłka
Nocą w Gwinei panują egipskie ciemności, więc zdjęcia nie są najlepszej jakości. Zwlaszcza, że nie było chętnego na wyjście z samochodu i zrobienie zdjęć z bliska.
Nocą na drodze można spotkać mnóstwo zwierząt; wychodzą na ciepły piasek albo niektórym farciarzom udaje sie znaleźć luksusowo ciepły asfalt).
piątek, 30 października 2009
Deszcze równikowe
wtorek, 20 października 2009
Powroty
Urlop minął niepostrzeżenie. W pierwszym tygodniu jeździliśmy po południowej Portugalii na motorze, drugi spędziliśmy z rodziną Sergia. Oczywiscie i lody i herbatka byla :) i duzo dobrych ryb i jedzonka pysznego ... wiec teraz silownia konieczna, zeby zrzucic te kilogramy.
sobota, 26 września 2009
Portugalia
czwartek, 24 września 2009
Radio Euro "oto foto"
środa, 23 września 2009
Mbini cd.
Mbini
Pojechaliśy więc w sobotę po pracy do Baty. Zameldowalismy się w Hotelu La Paz (po godzinnej tułaczce po okolicy w ciemnościach probując ustalić gdzie to się on znajduje). W Hotelu już raz byliśmy – pierwsza nasza noc na afrykańskim kontynencie. Jest to najlepszy hotel jaki tu widziałam, choć w Polsce pewnie dostałby z jedną, no może dwie gwiazdki. Cena za nocleg ze śniadaniem to kwota 60.000 FrCfa (około 90 Euro), więc dosyć wygórowana.
Meldując się do hotelu trzeba wypisać kartę meldunkową, dość szczegółową. Oprócz standardowych pozycji jak imię i nazwisko, numer paszportu, narodowość zawiera także datę urodzenia, wykształcenie, kiedy przyjechało się do Gwinei, po co, z kim, na jak długo i ... numer telefonu. I to pojawił sie problem, bo my nie mamy komórki tutaj, a Sergia firmowy telefon nie ma tu zasięgu. „Jak to nie macie, każdy ma. To jak my się z wami skontaktujemy”. Po nieco dłuższej wymianie zdań, pan w recepcji odpuścił nam, ale z jego miny wyczytać można było lekkie niedowierzanie.
Rano, około 9ej wyjechaliśmy w poszukiwaniu Mbini. Po około 10 minutach już się zgubiliśmy. Nie trudno o to, gdy po pierwsze podróżuje się bez mapy, po drugie oznakowanie terenu pozostawia więcej niż wiele do życzenia, po trzecie wymówienie „Mbini” nie jest łatwe, ale też nie wydaje się zbytnio skomlikowane, a wszystkie nasze konwersacje z tubylcami wyglądały mniej więcej tak: „Przepraszam, która to droga do Mbini? Co? Mbini!! hę?! M B I N I!!!! Aaa Mbini to tędy, tamtędy, a potem zapytajcie”.
W końcu udało się, a pomogł nam kierowca jakieś zdezelowanej cieżarówki przewożącej piasek. Pare kilometrów jechaliśmy za nim, a że droga była klasy XYZ, średnia szybkość, z jaką się poruszaliśmy była bliska 10 km/h. Z niedowierzaniem wyprzedzały nas, czasem też trąbiąc, inne samochody, mniej zdezelowane od furgonetki, za która podążaliśmy w naszym nowiuśkim, jeszcze lśniącym jeepie.
Niedzielny ranek, słoneczny, ale nie upalny, właściwa droga do Mbini, a na drodze ruchu prawie wcale. Spokojnie suniemy do przodu podziwiając obrazy przesuwające sie wzdłuż drogi. I nawet przez moment doświadczamy uczucia jak tu pięknie, jak tu czysto, jak ci mieszkańcy mijających wioseczke dbają o swoje domostwa. Domy nawet są ponumerowane (bazgroł olejną farbą gdzieś w okolicy drzwi), co pierwszy raz udaje nam się tutaj zaobserwować.
Droga mija przyjemnie. Na rozgałęzieniach wybieramy zawszę tą drogę, która wygląda na solidnijszą i tak jedziemy przez około 2 godziny. Po drodzę zatrzymujemy się przy rzece, która kaskadami rozlewa się po okolicy. Jak tu ładnie.
Oczywiście, że poczekamy nigdzie nam sie nie spieszy. To tylko 1,5 godziny. W tym czasie zwiedzamy okolice w ciągu całych 15 minut. Zostajemy też pouczeni, że nie powinniśmy sie zbytnio oddalać, bo osoby z promu zobaczą, że jesteśmy niezainteresowani i pójdą sobie do domu. Ale my chcemy zobaczyć Mbimi, więc twardo czekamy. Sergio zdąrzył się zaprzyjażnić z lokalną ludnością, obiecując jedemu koszulkę Sporting Lisbona (Sergia ulubiony klub piłkarski), a drugiemu używany telefon komórkowy.
Zbliża się czas przeprawy. Po drugiej stronie wody nie widzimy żadnego miasteczka, więc pytamy ile czasu będziemy płynąc do Mbini. „Jak to?? Jesteście w Mbimi” po czym natępuje chwila konsternacji, ale jak to, jak?? Po powrocie trzeba będzie przestudiować mapę dokładnej i zobaczyć jak to zrobiliśmy, a na razie pozostało nam przeprawienie się promem i podróż powrotna do Baty. I jak sie okazało prom jest całkowicie darmowy ... ale my musieliśmy (w tym wypadku też chcieliśmy) zapłacić.
Tak, Afryka pewnie zaskoczy nas jeszcze nie jeden raz.
Pierwsze zdjęcie to Bolondo (tam chcieliśmy się przeprawić), a kolejne to Mbini. Zdjęcia zrobione na promie podczas przeprawy.
























