wtorek, 28 lipca 2009

Bata

2009.06.30

Lotnisko w Bata przywitalo mnie taka sama procedura jak w Malabo - zdjecie, skany odciskow kciukow i dodatkowo co nie pojawilo sie wczesniej - pytanie w jezyku hiszpanskim (ktorego za cholere nie rozumialam). Sergio przyszedl mi z pomoca, tylko ze on wiedzial o co pytaja ale nie znal odpowiedzi. Wzbudzilo to ogolne zdenerwowanie funkcjonaroiuszy ... Pytanie brzmialo: »»Gdzie bedziesz mieszkac?«« Dobre pytanie, tylko skad wziac na nie odpowiedz. «Dokladnie, ja tez chce w koncu wiedzic, niech mi ktos powie gdzie ja bede mieszkac!!!» Po lekkich przepychankach slownych i pomocy Venslau, naszego opiekuna w Bata, udalo mi sie przejsc w jednym kawalku.

Gdy opuscilismy budynek bylo juz zupelnie ciemno. Temperatura okolo 26 st C, duszno, goraco-jak ja to przezyje. Pierwszy nasz posilek w Restauracji Central (kuchnia libanska) i dzisiejszy nocleg w Hotelu La Paz (izraelski). Hotel czysty, schludny, mila obsluga. Hotel jest czescia integralna szpitala mieszczacego sie obok, gdzie lecza miedzy innymi malarie-dobrze wiedziec!!! Zasypiam z obawa co przyniesie jutro.

Umowilismy sie z Venslau na 8 rano. Dziesiec minut przed czasem juz czekamy przed hotelem,w pierwszy dzien nie wypada sie spoznic. To byla nasza pierwsza lekcja puntualnosci afrykanskiej. Jeszcze pozniej doswiadczylismy paru innych, rownie ciezkich. 8.00, 8.15, 8.30, 9,00 Zasypiam na siedzoco na krzesle. Nie bardzo mamy gdzie isc, bo Hotel polozony jest na uboczu. Widze tylko jakies zabudowanie, male domki podobne do tych naszych dzialkowych, porozrzucane po okolicy. Ulica przejezdzaja samochody w najrozniejszym stanie zuzycia. Nauczylam sie rozrozniac taksowki - zdezelowane auta pomalowane na bialo/niebiesko ze swiatlem utrafioletowym w srodku (to akurat widzialm noca) i z nadprogramowa ilosci pasazerow w srodku. Zreszta ich jest tu najwiecej. Inne pojazdy to glownie sprzet budowalany i pick up. Wszystko jezdzi, chociaz wyglad mowi, ze to przeczy prawom mechaniki i techni. Co wiecej, wydaje sie jakby tu nie bylo ograniczenia predkosci - wszyscy pedza na zlamanie karku. Od czasu do czasu, czyli z czestotliwoscia co 5 sek slychac klakson. Moja droga dedukcji zaprowadzila mnie do stwierdzenia faktow, ze albo sie pozdrawiaja tak miedzy soba (zdecydowanie za glosno i za czesto) albo poprostu lubia sobie potrabic.

Venslau ostatecznie dotarl do nas, wczesniej anonsujac sie telefonicznie. A Sergia nie ma nigdy jak jest potrzebny. Podchodzi do mnie kierownik hotelu i wrecza komorke - gestem i pewnie slowami wskazujac, ze to do mnie! «Do mnie?? tutaj?? kto??» Na moje halo uzyskuje odpowiedz w nieznanej mi mowie, angielski tez nie skutkuje, z rozpacza w oczach biegam z komorka w reku po hotelu w poszukiwaniu Sergia, ktorego oczywiscie nie znajduje. Wreczam komorke pani w recepcji, nie mniej zdziwionej niz ja. Niech sie dzieje co chce, ja nic z tego nie rozumiem. Sergio pojawia sie pare chwil po zdarzeniu, jakby niby nic - ze akurat zachcialo mu sie sikac w nieodpowiednim momencie. Okazuje, sie ze to nasz Vensalu dzwonil, ze zaraz bedzie ... a zaraz bedzie tez juz i 10-ta.

Moze w normalnym zyciu zadko to dostrzegamy ale kazde zdarzenie ma pewien cykl dzialan i poszegolne kroki do jego realizacji. W Afryce jest to bardzo zauwazalne, glownie ze wzgledu na czas jaki jest potrzebny zeby poszczegolny krok, kroczek, polkroczek zrobic.

Co musimy zalatwic dzisiaj w Bata to tutejsze prawo jazdy i karta rezydenta.

Potrzebujemy do tego zdjec (ze nikt nam o tym wczesniej nie powiedzial) i wypelnienia jakis tam papierkow, ksera pazportow. Zeby zrobic zdjecia potrzebujemy pieniedzy (ktorych nie mamy), a ze pieniadze nie rosna na drzewie to trzeba je wybrac z banku. Zeby udac sie do banku po pieniadze, trzeba pojechac do biura i wziac dyspozycje wyplaty gotowki z konta (firmowego) itd, itp. Do 13ej zdarzyam tylko udac sie za Venslau do banku (wyszedl stamtad z przezroczysta reklamowka pelna pieniedzy??!!) i zrobic zdjecia. Zdjecia, jak wskazuje nazwa miejsca (Foto Rapido), bylo szybkie, tylko 10 min oczekiwania. Zaklad fotograficzny jest sporych rozmiarow, staja tam ze 3 maszyny do drukowania zdjec, z tego 2.5 wyglada na niedzialajace. Pracownikow krci sie ze 4, chociaz my jestesmy jedynymi klientami i nie wyglada na to, ze maja duzy ruch. Jedno ujecie z cyfrowej lustrzanki i za chwile wydruk. Co mnie zaciekawia to wielkie plachty zrolowane pod sufitem, ale zaraz dostrzegam ich przeznaczenie - chcesz miec zdjecie w zielonym ogrodzie - plachta nr3, w ruinach jakiegos chinskiego miasta - nr2, a moze pustynia?? do wyboru do koloru, kazdy znajdzie dla siebie odpowiednie tlo.

Po odebraniu zdjec i stwierdzeniu faktu, ze wyglada sie jak 100 nieszczesc, idziemy do znanej nam juz Restauracji Centralnej na obiad. Venslau w miedzyczasie naszego czekania na zdjecia, stwierdza, ze pojdzie cos zalatwic, zeby bylo szybciej (szybciej w Afryce - nie da rady!). Jemy obiad, mija kolejna godzina. Okolo 15ej podchodzi do nas wlasciciel lokalu i wrecza komorke, czyzby?? Tak, to Venslau, zaraz podesle kogos do nas, zeby przewiozl nas do biura. Czy on tutaj zna wszystkich??

W biurze idzie juz szybko - przepakowujemy sie do vana i z okolo 16ej jedziemy na budowe, na baze, do naszego gwinejskiego miejsca zamieszkania.

Zdjecia Baty z «ukrytej kamery», bo zabronione podobno jest robienie zdjec.



song na dzisiaj: Michael Buble, Home (I wanna go home! Ja chce do domu!)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz