sobota, 25 lipca 2009

Witamy w Gwinei Rownikowej

A wiec udalo sie, jestem. Przybylam, zobaczylam, ale czy zwyciezylam-to sie jeszcze okaze.

Zanim postawilam stope na czarnym ladzie, chociaz wedlug mnie bardziej odpowiednia nazwa to czerwony lad, przynajmniej w miejscu gdzie aktualnie jestem, spedzilam mnostwo godzin w samolocie z Frankfurtu. Wystarczylo, zeby zobaczyc 3 filmy:
Transporter 3, Lektor, Slumdog. Milioner z ulicy. Wybor nieprzypadkowy, na zasadzie kino lekkie, latwe i przyjemne, podane w prostej postaci, zreszta wyboru wielkiego nie bylo :) Oczywiscie zamierzeniem moim bylo robic zdjecia i ogladac widoki za oknem jak bedzemy leciec nad Morzem Srodziemnym, Sahara, zachodnia Afryka, ale nie, nie dane mi to bylo. Wszystkie miejsca przy oknie byle zajete, dostalismy te w srodkowym rzedzie. Samolot olbrzymi, pasazerow okolo 200. Gwinea to nie koniec lotu dla niektorych, koncowy przystanek to Nigeria. My bylismy w klasie ekonomicznej, klasa biznes oraz pierwsza opanowana byla glownie przez rdzennych mieszkancow Afryki-«biedna» Afryka, wlasnie widze.

Ladowanie w
Malabo, w stolicy. Godzina 20sta, temperatura 26 stponi C, za oknem ciemno. Stojac w kolejce do odprawy zaczepil mnie rodak, z Gdanska. Pracuje gdzies w okolicach Malabo na platformach. Pewnie uslyszal jak przed samym startem samolotu rozmawialam z Mama. Hehhe ale zbieg okolicznosci. Oczywiscie Sergio komentuje to w typowy dla siebie sposob, «fode-se».
Odprawa - skan paszportu, skanuja linie papilarnych z obu moich kciukow i na koniec jeszcze fotka z kamerki. Podobno to skan siatkowki oka. Robi wrazenie. Ale gdy sie temu przyjrzec blizej to lekcja pokazowa. Zadne skanowanie siatkowki, normalne zdjecie. Panowie funkcjonariusz nie za bardzo chyba jeszcze byli przyzwyczajeni do pracy z nowymi urzedzeniami, bo to ja balansowalam cialem i plecakiem w waskim przejsciu w poszukiwaniu kamery, zeby byc na srodku zdjecia, ale nie kamera byla ustawiana na mnie. W sumie - do kazdej rzeczy mozna podjec z conajmniej dwoch stron :)
Nastepnie obowiazkowe przeszukanie bagazy, czy aby nic groznego nie wwozimy. Sergio powiadal jak jego kolega zabral ze soba 5 par spodni, bojowek-na lotnisku zrobiala sie afera, bo podejrzewano go o chec stworzenia jakies organizacji paramilitarnej :). Potem sprawdzone torby podpisywane sa kreda, nasze mialy zolty wzorek.
Plan byl taki, ze nocujemy w Malabo. Plany oczywiscie sa po to, zeby zycie je modyfikowalo. Lecimy do Baty, tam bedziemy spac. No to lecimy!!! Samolot lokalnego przewoznika jest, zaraz odlatuje, pasazerow mnostwo, trzeba zalatwic bilety, jednej torby nie mozemy ze soba wziac, bo za ciezka do kabiny - mamy wszystko `polapne´, ... tylko w miedzyczasie samolot odlecial. Pech to pech. W Afryce nie ma pecha. Lecimy do innego przewoznika - «samolot bedzie oczywiscie», kupujemy bilety. Tym razem mamy bilety ale jeszcze nie wiadomo do konca czy bedzie samolot. Jest, lecimy. Ladujemy. Caly ten proces mozna bylo ogladac przez przednia szybe samolotu. Kabina pilotow nie byla zamknieta, pewnie ze wzgledu na panujacy w samlocie upal. Mozna bylo zobaczyc jak wyglada kierowanie lotem i ladowanie na zywo. Robi wrazenie. A potem juz tylko Bata. Bem-vindo Bata.
Piesn na dzisiaj: I will survive (w wolnym tlumaczeniu - zywcem mnie nie wezma)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz