wtorek, 4 sierpnia 2009

Bata od srodka cz.1

24.07.2009
O 8-mej już dawno jesteśmy na nogach i śniadanko jemy gdzie? Ależ oczywiście w Restauracji Central. Na komisariat policji (a może milicji) mamy stawić się na 11-tą więc w międzyczasie oczekiwania na pojawienie się Venslau, mamy w planach zrobienie zakupów do warsztatu Sergia. Lista jest, chęci są - części samochodowych nie ma. HIHIHI. Jeden sklep, drugi sklep, trzeci i czwarty. Wszystko mają, tylko jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności tego, co my potrzebujemy - nie ma.

Ale sklepy w Gwinei to temat rzeka, wiec wejdźmy do niego tylko po kostki.
W większości sklepów odwiedzanych przez nas można było m.in. zaobserwować:
1. znaczną ilość personelu (od kilku do kilkunastu osób??),
2. ogólny, dość znudzony stosunek do klienta,
3. zasada «klient nasz pan» raczej nie dotarła tu jeszcze, rządzi «jak masz wtyki u sprzedawcy, to i się towar znajdzie»,
4. pieniądze - rzecz jak najbardziej mało policzalna, nie musza się zgadzać,
5. od 12-tej do 16-tej nie pracujemy, jak chcesz coś – to czekaj!

Z całego zamieszania, chodzenia od jednego sklepu do drugiego, wracania do pierwszego, udało się chłopakom kupić coś do spawania. Hurra!!!

O 11-tej grzecznie, jeden za drugim a pierwszy za Venslau, wkroczamy do jaskini zła, hi hi. Budynek 3-piętrowy, całkiem nowy, zadbany, w lekko nowoczesnym stylu, co głównie oznacza istnienie windy. Ludzi całkiem sporo, funkcjonariuszy też i.... dużo kanap??? Po co im tyle siedzeń na komisariacie?!
Po małym spacerze korytarzami urzędu trafiamy do jakiegoś pokoju, w którym znajduje się około 15 osób. Wszyscy czekają, chociaż nie jest to poczekalnia. Wygląda raczej jak jakiś sekretariat. Wiec stoimy jeden za drugim, patrząc na siebie wilkiem, bo wynika z tego, ze wcisnęliśmy się do kolejki. Gdy tylko drzwi kolejnego gabinetu się otwierają zostajemy tam prawie wciągnięci przez Pablo, jak się okazało kolejnego lokalnego przedstawiciela naszej firmy. Gabinet komendanta. W nim też znajduje się trochę ludzi, zdecydowanie mniej, ale trzeba poczekać. Oprócz telewizora i chyba lodówki, przypomina to zwyczajny gabinet jakiegoś ważniejszego urzędnika. Przychodzi nasz kolej - a MSF?! - i ręka komendanta ląduje w szufladzie, pełniuteńkiej zielonych kart pobytu. Jak on tam może coś znaleźć??? A może w tym sęk, że nie może, nie powinien, nie bardzo musi się starać - to przecież nam tylko na tym zależy. Udaje się odnaleźć nasze dokumenty, zostają wręczone Pablo i w tył zwrot. Uff mamy dokumenty!!! Nie mamy!!! Jak to nie mamy??? To nie wszystko? Nie! Teraz musimy pędzić z tym na górę do innego urzędnika. Oczywiście – dosłownie mijamy się z nim w drzwiach – wychodzi, nie ma czasu dla nas ... 12-sta! Przerwa na lunch! (jak ja kocham ten lunch !&%$&%). No cóż ... no to lunch! A gdzie? ... chyba nie muszę pisać ....
W ulubionej restauracyjce spotykamy 9-cio osoba ekipę portugalczykow od nas, która przybyła wlasnie z Mbam po to samo, czyli karty pobytu. Do 16-tej przerwa, nic nie robienie... nuda. Pedro proponuje, ze pokaże nam plażę ... z ochotą tam jedziemy. Plaża jest za lotniskiem, kawałek drogi mamy do pokonania i przy okazji kolejny posterunek. Ale że jest pora sjesty, posterunkowy macha tylko ręka żeby jechać.
Plaza jest cudna, różnokolorowe domki stoją obok plaży, a ja wypełniam swoją skarpetę po brzegi skarbami nad skarbami.

O 16-ej znowu stajemy w oko w oko z urzędem, znowu przegrywamy walkę, znowu musimy zostać tutaj na kolejną noc i znowu ..... co najokropnijesze, wracamy do tego samego hotelu.

Dostajemy ten sam pokój, lecz tym razem, na prośbę Sergia, wanna zostaje mniej więcej umyta, nie ma co się czepiać szczegółów. Z przerażeniem odkrywamy, że oprócz tego samego pokoju dostaliśmy tą samą pościel. Nasuwa się tylko pytanie ... czy my pierwsi czy my ostatni w niej śpimy ....

Jedyne, co mile pamiętam z pobytu w tym hotelu, to kolacja - gambas (krewetki) aromatycznie przyrządzone, mniam, mniam!!!

4 komentarze:

  1. Szkodnik leniuchuje a Marzenka zbiera skarby! Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dokladnie! ...jeszcze pamietam jak to bylo, gdy wiatr gral mi we wlosach....ehh ehh

    OdpowiedzUsuń
  3. no tak, wtedy były włoski, to i wiatr miał gdzie pograć:)

    OdpowiedzUsuń
  4. jak sie przyjrzysz to na zdjeciu, obok Sergia, leza moje nowiuskie salomonki i skarpeta ze skarbami, hihihi

    OdpowiedzUsuń