poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Z dzienniczka praczki, kolejne pranie ...

Wczoraj, po powrocie z Baty, korzystając z okazji, że Jorge i Pedro powrocą dopiero jutro, wybieram się z dwoma reklamówkami (białe i ciemne pranie) do ich domku. Po wejściu zaskakuje mnie włączone w kuchni światło, «ale gapy, światła nie wyłączyli». Wkładam spokojnie pranie do pralki. Wychodzę, gaszę światło i idę do siebie. Po kolacji kolejny raz odwiedzam domek sąsiadów, aby wymienić zawartość bębna pralki - i znowu światło włączone!!!! «Co jest! halo?! halo?!» Cisza. Wkładam ciemne ubranie do pralki, nastawiam program (hurra, już wiem jak ją zmusić do wirowania) ... i pojawia się dziwne uczucie ... chyba ktoś tu jest ... niepewne «halo???» i .... w tej chwili otwierają się drzwi od łazienki z półnagim Francisco nie mniej zdziwionym i wystraszonym niż ja! Chwila konsternacji .... taaaa teraz znam historię zapalonego światła, a Francisco - jak on musiał być zdziwionym, że światło, które zapalał w dziwnych okolicznościach ciągle mu gasło...

Okazuje się, że są owoce naszego zdarzenia – jest szansa, że bedę mieć swoją, osobistą pralkę. Hurraaaaa!!!!

Francisco dopiero co powrocił z wakacji i jeszcze nie zdarzyliśmy przyzwyczaić się do jego obecności :)

wtorek, 25 sierpnia 2009

Uroki codzienności

Z kategorii drobne przyjemności po pracy. Pranie.

Pranie to tutaj wyzwanie, przynajmniej dla mnie. Z racji, że w naszej pralni panuje dyskryminacja i nie piorą moich rzeczy mniej lub bardziej osobistych, muszę to robić sama. Sama dosłownie oznacza: sama swoimi rękoma zanurzonymi w garnku (miski jeszcze się nie dorobiliśmy, tym bardziej pralki)... hehe, a więc dzień praczki wygląda tak:


Na szczęście nasi nowi sąsiedzi, Jorge i Pedro (zresztą nasi najblizsi znajomi tutaj) widząc moją pracę, zaoferowali mi możliwość korzystania z pralki w ich domku (cóż niektórzy od razu trafiają na luksus inni muszą sobie zapracować, hihi). Teraz więc biegam z siatkami do sąsiadów. Sergio jak poczuł czym to pchanie, to też zgłosił zapotrzebowanie na moje usługi pralnicze (bo w pralni nie używają płynu do zmiękczania).

Pralka. Cud techniki może tylko docenić ten, co go utracił! Pralka firmy...chińskiej?! halo, jaki program ja ma włączyć ... na szczęście nie są to typowe znaczki pisma chińskiego, ale symbole, znane mi oczywiście, ale nic nie mówiące - piórko, naczynie labolatoryjne i mieszanka obu tych symboli lub ich podwojenie. Wybieram literkę G (z piórkiem, bez menzurki). Pojęcia nie mam kiedy to się skończy prać. Po 2 godzinach wybiegam z pracy, żeby rozwiesić pranie, a zastaję je ... nieodwirowane... doczytuję się, że wirowanie to literka K. Działa.Działa!!!!

Biegnę do naszego domostwa rozwiesić to na jedynym sznurku jaki posiadamy, od zawiasu okiennego do klimatyzatora. Latwo nie jest, więcej sznurka nie znalazłam. Ukłony w stronę mojego guru sznurkowego - Beatki.

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Prognoza pogody - deszcze równikowe

Matka Natura dosłownie zapowiedziała nam stan pogody na najbliższe miesiące. Wczoraj spadł pierwszy deszcz, mój pierwszy deszcz w Afryce. Grzmiało, lało jak z cebra, dudniło strasznie po dachu. Przed deszczem było duszno, po deszczu było ... równie duszno jak i przed. Nie czułam zapachu deszczu, tego smaku oczyszczonego powietrza (co się chemicznie nazywa ozonem) ... takiego jak w Polsce.
Spektakł trwał około godziny, po czym ukazało się słońce - od dłuższego czasu, prawie od mojego przybycia tutaj, za chmurami.
Gwałtowne deszcze, które będzie dane nam doświadczyć, powodują tymczasowe wyłączenie interentu i telewizji. Podobno w Polsce podczas deszczu dzieci się nudzą ... zobaczymy co się dzieje w Gwinei.
Zdjęć niestety nie posiadam - aparat został w biurze :(

sobota, 22 sierpnia 2009

Wioski, wioseczki, osady

Tak Gwinea Równikowa wygląda z góry podobno (mi nie było dane ujrzeć tego widoku, gdyż leciałam już po zmroku :)

Jedna główna droga, co parę kilometrów jakieś osady ludzkie składające się z kilku-kilkunastu budynków, o to wszystko otoczone przez geste lasy równikowe.
Z bliska wygląda to mniej więcej tak:

a dookoła - wesołe dzieci :)


Z czasem może dorobię się większej ilości zdjęć, wiec będę je sukcesywnie tutaj zamieszczać.

piątek, 21 sierpnia 2009

Dzwiek dzungli

Dobrze, że jest ta nowoczesna technika, dzięki temu mogę Wam zaprezentować, co ja słyszę na co dzień i na co noc :) hihhi

i widok na naszą ulice :)

piątek, 14 sierpnia 2009

Miejsca warte zabaczenia

Cierpiąc na nadmiar nieozorganizowanego czasu pracy i ciągłą chęć podróżowania i poznawania nowego, próbuję zorientować się co w Gwinei Równikowej można zobaczyć. Państwo niewielkie, ale przecież zawsze coś się znajdzie.
szukam, szukam .... szukam ... łatwo nie jest. O w sieci istnieje strona Gwinei Równikowej, nawet jest wersja w języku angielskim!!!
Miejsca warte zwiedzenia w kontynentalnej części państwa, co udało mi się wyczytać to:
  1. Akok Sakira (Nzork)
  2. Stone Bell (Nzork)
  3. Estuary of the Muni (Mbini-Kogo)
  4. Ntem (Rio Campo)
  5. Rio Wele (Niefang)
  6. Rio Wele (Mbini)

Wygląda jakby to było 7 Cudów Gwinei Równikowej :)
Monte Alen jest najbliżej. Już byliśmy obejrzeć hotelik i rozeznać się, co można tam zobaczyć. Z tego co wyczytałam w sieci o Parku Monte Alen, wiem, ze chcę zobaczyć leśne słonie, goryle i żaby giganty (podobno wielkości piłki od koszykówki i waga ok 4 kg). Przewodnik powiedział, że potrzebujemy na to 3 dni i odpowiedniego wyposażenia typu namiot, śpiwór, plecaki. Najważniejsze, że są chęci!

czwartek, 13 sierpnia 2009

Radio Euro

Dzisiaj ukazało się parę moich fotek na stronie Radio Euro, w zakładce/audycji Czwarty Wymiar. Namawiam do oglądania i słuchania Radio Euro :)

środa, 12 sierpnia 2009

Pocztówki z Gwinei

a oto moje dzieło :) choć zdjęcia nie są moje, muzyki afrykańskiej nie było niestety pod ręką.

cześć 1


cześć 2


cześć3

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Jedyna

Właśnie sobie uświadomiłam, że jestem ....
  1. jedyną Polką
  2. jedyną Europejką
  3. jedyną białą kobietą tutaj ...

jejku, jestem jedyna w swoim rodzaju!!!

Czy to nie brzmi troche ... samotnie?

czwartek, 6 sierpnia 2009

Zakupowe szalenstwo w Bata

Będąc w Bata mieliśmy okazję po raz pierwszy udać się na zakupy i wsadzić coś do naszej lodówki.

A oto pełna lista naszego zakupowego szaleństwa.

Niebagatelna kwota 110.200 Fr CFA. Daję pani kasjerce pliczek banknotów: 100 szt po 1.000 przewiązanych gumką, a w międzyczasie szukam końcowych 10.200 FR. Patrzę jak zrezygnowana kasjerka dolicza może do połowy pliku i ... wkłada pieniądze do kasy. No dobra, może wyglądam na godna zaufania. Daję jej brakujące 11.000 fr - nie ma wydać reszty! Rozglądam się wkoło wymachując banknotem a przy okazji z błagalnym wzrokiem, który przemawia mam nadzieje w miedzynarodowym języku - ma ktoś rozmienić?? Hmm ... albo nie rozumieją albo nie mają. Kasjerka bierze ode mnie tylko 10.000 i jest ok. Afryka cały czas mnie zadziwia i zadziwiać będzie.
Spróbujcie pojść do obcego sklepu w Polsce i niech wam zabraknie 15 groszy ... hehhe.

aaa 1€ to około 680 Fr CFA

środa, 5 sierpnia 2009

Magiczne miejsca w kuchni

Nasza kuchnia ma kilka magicznych miejsc, a dokładnie dwa: szuflada i pudełko w lodówce.

Tu są wszystkie nasze skarby owocowo-warzywne, które do tej pory udało nam się zgromadzić. Czasem niestety trzeba je zjeść i wtedy szuflada świeci pustka, lodówka świeci (w sumie czy pusta czy nie i tak świeci) ... do momentu, aż uda nam się wyrwać do miasta na zakupy.
Prezentowane powyżej warzywka pochodzą z ulicznego handlu w Evanyong, przy czym wykupiliśmy od pani cały zapas ziemniaków :)
Te fioletowe o podłużnym kształcie owoce w pudełku, o nieznanej mi nadal nazwie, nie są zbytnią rewelacją. Wzięliśmy na spróbowanie. Sergio po hiszpańsku poprosił o 2 (sztuki), co nawet ja byłam w stanie zrozumieć, a dostaliśmy ... co widać na zdjęciu, hihih. Dlaczego??? bo tu nie handluję się na sztuki (albo bardzo rzadko, albo duże gabaryty). Na straganiku, czyli na kocu położonym na ziemi, pani sprzedająca układa towar w kupki-kopce i kupuje się na sztuki ... kupek :) przy czym nie ma odgórnie ustalonej ceny za kopczyk i ilość sztuk produktu w kopczyku też bywa różna - wszystko od widzi mi się pani kupcowej :)
Przykładowe ceny (z Baty):
cebula duża 1 szt 200 FrCFA 0,3 €
ananas 1 szt. 1.000 FrCFA ~1,4 €
pomidory (te co na obrazku) 1.000 FrCFA.
Produktem luksusowym w Gwinei są jajka - nigdzie nie można ich kupić!!!! ehh

wtorek, 4 sierpnia 2009

Bata cz.2

Rano zwarci i gotowi czekamy na Pabla, żeby jeszcze raz zdobyć twierdzę. Mamy być tam na 10-tą. Tym razem już o 8.30 dzwonimy do Pabla, że czekamy w Centralnej i ma się tutaj jak najszybciej zjawić. Oczywiście, że się zjawia się ale około 10-tej. W między czasie przyjeżdża grupka, ta sama co wczoraj, zawalczyć o to samo, co my.
W komisariacie jest już pełno osób. Zostajemy usadowieni na kanapach (już teraz wiem po co ich tam tyle) i czekamy. Czekamy... Czekamy ... Na innych kanapach czekają inni, podobnie znudzeni jak my, petenci. Czasem wybucha jakaś kłótnia. Oczywiście, nie jestem w stanie zrozumieć o co chodzi, ale chyba nikt tego nie wie. Raz tylko Sergio tłumaczy mi po co był ten cały rwetes - komendant pojawił się na korytarzu i jakiś funkcjonariusz nie powstał - więc posypały się grady na jego głowę. Czy wam coś tego nie przypomina?? hmm ... tak myślałam :)
Około 12-tej pojawia się światełko. Przychodzi Pablo i mówi, że ma już wszystkie dokumenty, teraz tylko czekamy na pieniądze, bo trzeba dać łapówkę (w sumie nic nowego). No to czekamy. Na szczęście ktoś inteligenty po jakimś czasie pyta ile tej gotówki potrzebujemy. Raptem 49.000 FrCFA (około 70€). Płacimy i ustawiamy się w kolejce pod drzwiami, żeby ... pobrali od nas odciski. Czuje się co najmniej jak kryminalista - już 3-ci raz w ciągu paru tygodniu muszę odcisnąć swoje linie papilarne. Tym razem jest to tylko palec wskazujący prawej ręki. Hmm.. Lepiej nad tym się głębiej nie zastanawiać.
Potem już jakby z górki - tylko godzinka czekania aż to zalaminują.
Dokumentów nie dostały tylko 2 osoby - pewnie komendant nie potrafił zlokalizować ich w przepastnej szufladzie, pewnie też zbytnio się nie wysilał. Będą musieli jeszcze raz tu przyjechać ....

A oto moja karta pobytu rezydenta, a u Sergio jest mały błąd ... widzicie??

Gratulujemy koledze «jedynego słusznego» obywatelstwa!!!!!! hihihi

Bata od srodka cz.1

24.07.2009
O 8-mej już dawno jesteśmy na nogach i śniadanko jemy gdzie? Ależ oczywiście w Restauracji Central. Na komisariat policji (a może milicji) mamy stawić się na 11-tą więc w międzyczasie oczekiwania na pojawienie się Venslau, mamy w planach zrobienie zakupów do warsztatu Sergia. Lista jest, chęci są - części samochodowych nie ma. HIHIHI. Jeden sklep, drugi sklep, trzeci i czwarty. Wszystko mają, tylko jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności tego, co my potrzebujemy - nie ma.

Ale sklepy w Gwinei to temat rzeka, wiec wejdźmy do niego tylko po kostki.
W większości sklepów odwiedzanych przez nas można było m.in. zaobserwować:
1. znaczną ilość personelu (od kilku do kilkunastu osób??),
2. ogólny, dość znudzony stosunek do klienta,
3. zasada «klient nasz pan» raczej nie dotarła tu jeszcze, rządzi «jak masz wtyki u sprzedawcy, to i się towar znajdzie»,
4. pieniądze - rzecz jak najbardziej mało policzalna, nie musza się zgadzać,
5. od 12-tej do 16-tej nie pracujemy, jak chcesz coś – to czekaj!

Z całego zamieszania, chodzenia od jednego sklepu do drugiego, wracania do pierwszego, udało się chłopakom kupić coś do spawania. Hurra!!!

O 11-tej grzecznie, jeden za drugim a pierwszy za Venslau, wkroczamy do jaskini zła, hi hi. Budynek 3-piętrowy, całkiem nowy, zadbany, w lekko nowoczesnym stylu, co głównie oznacza istnienie windy. Ludzi całkiem sporo, funkcjonariuszy też i.... dużo kanap??? Po co im tyle siedzeń na komisariacie?!
Po małym spacerze korytarzami urzędu trafiamy do jakiegoś pokoju, w którym znajduje się około 15 osób. Wszyscy czekają, chociaż nie jest to poczekalnia. Wygląda raczej jak jakiś sekretariat. Wiec stoimy jeden za drugim, patrząc na siebie wilkiem, bo wynika z tego, ze wcisnęliśmy się do kolejki. Gdy tylko drzwi kolejnego gabinetu się otwierają zostajemy tam prawie wciągnięci przez Pablo, jak się okazało kolejnego lokalnego przedstawiciela naszej firmy. Gabinet komendanta. W nim też znajduje się trochę ludzi, zdecydowanie mniej, ale trzeba poczekać. Oprócz telewizora i chyba lodówki, przypomina to zwyczajny gabinet jakiegoś ważniejszego urzędnika. Przychodzi nasz kolej - a MSF?! - i ręka komendanta ląduje w szufladzie, pełniuteńkiej zielonych kart pobytu. Jak on tam może coś znaleźć??? A może w tym sęk, że nie może, nie powinien, nie bardzo musi się starać - to przecież nam tylko na tym zależy. Udaje się odnaleźć nasze dokumenty, zostają wręczone Pablo i w tył zwrot. Uff mamy dokumenty!!! Nie mamy!!! Jak to nie mamy??? To nie wszystko? Nie! Teraz musimy pędzić z tym na górę do innego urzędnika. Oczywiście – dosłownie mijamy się z nim w drzwiach – wychodzi, nie ma czasu dla nas ... 12-sta! Przerwa na lunch! (jak ja kocham ten lunch !&%$&%). No cóż ... no to lunch! A gdzie? ... chyba nie muszę pisać ....
W ulubionej restauracyjce spotykamy 9-cio osoba ekipę portugalczykow od nas, która przybyła wlasnie z Mbam po to samo, czyli karty pobytu. Do 16-tej przerwa, nic nie robienie... nuda. Pedro proponuje, ze pokaże nam plażę ... z ochotą tam jedziemy. Plaża jest za lotniskiem, kawałek drogi mamy do pokonania i przy okazji kolejny posterunek. Ale że jest pora sjesty, posterunkowy macha tylko ręka żeby jechać.
Plaza jest cudna, różnokolorowe domki stoją obok plaży, a ja wypełniam swoją skarpetę po brzegi skarbami nad skarbami.

O 16-ej znowu stajemy w oko w oko z urzędem, znowu przegrywamy walkę, znowu musimy zostać tutaj na kolejną noc i znowu ..... co najokropnijesze, wracamy do tego samego hotelu.

Dostajemy ten sam pokój, lecz tym razem, na prośbę Sergia, wanna zostaje mniej więcej umyta, nie ma co się czepiać szczegółów. Z przerażeniem odkrywamy, że oprócz tego samego pokoju dostaliśmy tą samą pościel. Nasuwa się tylko pytanie ... czy my pierwsi czy my ostatni w niej śpimy ....

Jedyne, co mile pamiętam z pobytu w tym hotelu, to kolacja - gambas (krewetki) aromatycznie przyrządzone, mniam, mniam!!!

czwartek, 30 lipca 2009

Karta rezydenta

2009.07.22

Po trzech tygodniach spedzonych w ogrodzeniu, nadarza sie okazja wyjascia na zewnatrz. Musimy jeachac do Bata, zeby zalatwic formalnosic zwiazane z przyznaniem nam karty pobytu rezydenta.
Baze opuszczamy okolo godz 18.30. Zaczyna sie juz sciemniac, za pol godziny bedzie juz ciemno zupelnie. Ostrzegali nas, zeby jak to mozliwe, unikac podrozowania noca. W tym przypadku to nie mozliwe, musimy byc w Bata na posterunku policji jutro o 10ej.
Pierwszy raz zostajemy zatrzymaniu do kontroli w Evinayong. Standardowa kontrola dokumentow: karty rezydenta lub paszportu. Na nasze zapytanie, czy wszystko ok i moze juz jechac, pojawia sie, podobno nie mniej standardowe stwierdzenie, «Zimno mi»... i nic innego nie pozostaje jak pomoc biedaczysku - oczywiscie pomoc finansowo :) Bez tego moglibysmy tam stac i stac (i pewnie marznac i marznac podaczas afrykanskich cieplych nocy). W drodze zostajemy zatrzymani do kontroli jeszcze 3 razy, ostatni raz juz na przedmiesciach Baty. Dwa punkty mijamy bez problemy, w ostatnim na pytanie czy mozemy jechac, nie pojawia sie zadna odpowiedz, taaa brak odpowiedzi jest odpowiedzia na to co musimy zrobic - siegnac do kieszeni, w Bata jest juz drozej ... w koncu najwieksze miasto Gwinei Rownikowej.

Po kolacji w Restauracji Central - wydaje sie jakby nie bylo innych restauracji w miescie jedziemy do hotelu. Nie jest to ten sam, w ktorych spalismy jak tylko przyjechalismy. Wyjezdzamy na peryferia miasta. Domy z murowanych zamieniaja sie w drewniane, parterowe zabudowania, robi sie coraz brudniej i ciemniej, nie wszyscy maja elektrycznosc. W koncu jest, Hotel Iliachi. Z zewnatrz wyglada przyjemnie, podobno to jeden z nowszych hoteli tutaj - co nie oznacza ze ma ok. 10 lat. Dostajemy pokoj 205, na parterze. Prosty maly pokoj z lazienka. Jest i telewizor! Sergio na wszelkie sposoby probuje go podlaczyc do sieci, nie daje rady. E tam, moze byc i bez telewizora. Ku swojemu wielkiemu przerazeniu odkrywam, ze lazienka przedstawia obraz rozpaczy. Wanna ´zyje´jeszcze wspomnieniami gosci z przed kilku tygodni albo miesiecy, podobnie pozostala czesc lazienki. Coz jeden dzien bez kapieli nikomu jeszcze krzywdy nie zrobil, a uzycie ten wanny moze grozic urazami do konca zycia. Postanowione, dzisiaj robie sobie dzien dziecka!

środa, 29 lipca 2009

Moj dom gwinejski

Dostalismy z przydzialu nasze wlasne m-3.


Domek znajduje sie w przyjemnej, spokojnej dzielnicy, otoczonej zewszad zielenia, nawet zdarzaja sie drzewa tropikalne. Osiedle jest jednym z wiekszych w okolicy, sklada sie z okolo 30 domow. W poblizu nie ma zadnych ruchliwych drog, czy zakladow zanieczyszczajacych srodowisko. Ruch na naszej ulicy raczej jest niewielki. Nasze osiedle jest ogrodzone. Mamy nawet straznikow pilnujacych spokoju i zeby zadna niepowolana osoba nie dostala sie na teren naszego osiedla. Spokojnie mozna spacerowac wieczorem. Wszyscy sasiedzi sie znaja. Do pracy tez nie mam daleko-jakies 3 min spaceru. Mamy tez w nasze dzielnicy bar i restauracje. Wszedzie jest niedaleko, hihihi.
Oto restaruracja i bar :)

Domek jest nowiutki, drewniany, calkiem przyjemny. Wyposazony w pelni. Sklada sie z 2 pokoi i jednego sporego salonu z aneksem kuchennym. Kazdy pokoj ma klimatyzator, bo bez tego ani rusz tutaj. Temperatura pokoju, gdy wracam z pracy jest w okolicach 25 st C. Domek-cud malina. aaaa mamy wolny pokoj - ktos chce przyjechac na wakacje??

wtorek, 28 lipca 2009

Mbam

2009.07.01
Jedziemy z Bata do miejscowosci Mbam. Podroz zajmuje nam okolo 3 godzin.

Nie wiem ile to jest dokladnie kilometrow, wiekszosc drogi i tak przesypiam. Z tego co pamietam, to droga nie jest zla, asfaltowa, co chwila mijamy jakies wioseczki. Pachnie mi tu inaczej. Sergio mowil mi ze Afryka ma swoj specyficzny zapach. Mi sie kojarzy ... z ciasteczkami, cos pomiedzy herbatnikiem a ciastkiem korzennym. Zapach jest taki ciezki, duszny, przesiakniety pylem z czerwnej drogi i zapachem lokalnych ludzi, a oni pachna inaczej niz my.
Wioseczki to kupka domow wzdluz drogi. Za nimi od razu wyrasta dzungla. Domki drewniane, z okiennicami, rzadko oszkolone okna. Mieszkancy siedza przed domem na lawkach, polnagie dzieci wesolo biegaja, bawia sie. Miedzy domostwami widac spacerujace kury, swinki czy kozy i psy. Te ostatnie nie maja tutaj `pieskiego zycia´. Chude, zabiedzone z zapadnietymi brzuchami, czesto okulale, wlacza sie bezpansko. Tylko raz widzialam z okna przejezdzajacego samochodu psa, ktory byl szczesliwy na widok powracajacego wlasciciela. W wiekszych wioskach maja swiatlo w domu albo na zewnatrz, uliczne; mniejsze wioseczki mijane wieczorem sa zupelnie ciemne. Widac tez spacerujacych ludzi z recznikami czy naczyniami, wracaja znad strumienia-okolicznej pralni, lazni czy miesjca gdzie mozna umyc naczynia.

Po drodze mijamy tez rozne patrole-nie udaje mi sie ustalic czy policyjne, wojskowe czy inne. Najwazniejsza rzecz - sa uzbrojeni, wiec trzeba ostroznie do nich podchodzic, ale nasz kierowca jest stad, wiec bez zadnych przeszkod kontynujemy podroz.


Okolo 19ej dojezdzamy na baze. Tu teraz bedziemy mieszkac. Jest juz zupelnie ciemno. W Afryce dzien i noc sa prawie rowne, od 6.30-19ej jest jasno. Nie ma zmroku, naszej polskiej szarowki, gdzie nawet jak slonce zachodzi jeszcze przez chwile jest jasno. Tutaj jakby ktos swiatlo wylaczyl-ciemno/jasno/ciemno.

piosenka dzisiejsza: nic mi nie przychodzi do glowy, bedzie bez piesni.

Bata

2009.06.30

Lotnisko w Bata przywitalo mnie taka sama procedura jak w Malabo - zdjecie, skany odciskow kciukow i dodatkowo co nie pojawilo sie wczesniej - pytanie w jezyku hiszpanskim (ktorego za cholere nie rozumialam). Sergio przyszedl mi z pomoca, tylko ze on wiedzial o co pytaja ale nie znal odpowiedzi. Wzbudzilo to ogolne zdenerwowanie funkcjonaroiuszy ... Pytanie brzmialo: »»Gdzie bedziesz mieszkac?«« Dobre pytanie, tylko skad wziac na nie odpowiedz. «Dokladnie, ja tez chce w koncu wiedzic, niech mi ktos powie gdzie ja bede mieszkac!!!» Po lekkich przepychankach slownych i pomocy Venslau, naszego opiekuna w Bata, udalo mi sie przejsc w jednym kawalku.

Gdy opuscilismy budynek bylo juz zupelnie ciemno. Temperatura okolo 26 st C, duszno, goraco-jak ja to przezyje. Pierwszy nasz posilek w Restauracji Central (kuchnia libanska) i dzisiejszy nocleg w Hotelu La Paz (izraelski). Hotel czysty, schludny, mila obsluga. Hotel jest czescia integralna szpitala mieszczacego sie obok, gdzie lecza miedzy innymi malarie-dobrze wiedziec!!! Zasypiam z obawa co przyniesie jutro.

Umowilismy sie z Venslau na 8 rano. Dziesiec minut przed czasem juz czekamy przed hotelem,w pierwszy dzien nie wypada sie spoznic. To byla nasza pierwsza lekcja puntualnosci afrykanskiej. Jeszcze pozniej doswiadczylismy paru innych, rownie ciezkich. 8.00, 8.15, 8.30, 9,00 Zasypiam na siedzoco na krzesle. Nie bardzo mamy gdzie isc, bo Hotel polozony jest na uboczu. Widze tylko jakies zabudowanie, male domki podobne do tych naszych dzialkowych, porozrzucane po okolicy. Ulica przejezdzaja samochody w najrozniejszym stanie zuzycia. Nauczylam sie rozrozniac taksowki - zdezelowane auta pomalowane na bialo/niebiesko ze swiatlem utrafioletowym w srodku (to akurat widzialm noca) i z nadprogramowa ilosci pasazerow w srodku. Zreszta ich jest tu najwiecej. Inne pojazdy to glownie sprzet budowalany i pick up. Wszystko jezdzi, chociaz wyglad mowi, ze to przeczy prawom mechaniki i techni. Co wiecej, wydaje sie jakby tu nie bylo ograniczenia predkosci - wszyscy pedza na zlamanie karku. Od czasu do czasu, czyli z czestotliwoscia co 5 sek slychac klakson. Moja droga dedukcji zaprowadzila mnie do stwierdzenia faktow, ze albo sie pozdrawiaja tak miedzy soba (zdecydowanie za glosno i za czesto) albo poprostu lubia sobie potrabic.

Venslau ostatecznie dotarl do nas, wczesniej anonsujac sie telefonicznie. A Sergia nie ma nigdy jak jest potrzebny. Podchodzi do mnie kierownik hotelu i wrecza komorke - gestem i pewnie slowami wskazujac, ze to do mnie! «Do mnie?? tutaj?? kto??» Na moje halo uzyskuje odpowiedz w nieznanej mi mowie, angielski tez nie skutkuje, z rozpacza w oczach biegam z komorka w reku po hotelu w poszukiwaniu Sergia, ktorego oczywiscie nie znajduje. Wreczam komorke pani w recepcji, nie mniej zdziwionej niz ja. Niech sie dzieje co chce, ja nic z tego nie rozumiem. Sergio pojawia sie pare chwil po zdarzeniu, jakby niby nic - ze akurat zachcialo mu sie sikac w nieodpowiednim momencie. Okazuje, sie ze to nasz Vensalu dzwonil, ze zaraz bedzie ... a zaraz bedzie tez juz i 10-ta.

Moze w normalnym zyciu zadko to dostrzegamy ale kazde zdarzenie ma pewien cykl dzialan i poszegolne kroki do jego realizacji. W Afryce jest to bardzo zauwazalne, glownie ze wzgledu na czas jaki jest potrzebny zeby poszczegolny krok, kroczek, polkroczek zrobic.

Co musimy zalatwic dzisiaj w Bata to tutejsze prawo jazdy i karta rezydenta.

Potrzebujemy do tego zdjec (ze nikt nam o tym wczesniej nie powiedzial) i wypelnienia jakis tam papierkow, ksera pazportow. Zeby zrobic zdjecia potrzebujemy pieniedzy (ktorych nie mamy), a ze pieniadze nie rosna na drzewie to trzeba je wybrac z banku. Zeby udac sie do banku po pieniadze, trzeba pojechac do biura i wziac dyspozycje wyplaty gotowki z konta (firmowego) itd, itp. Do 13ej zdarzyam tylko udac sie za Venslau do banku (wyszedl stamtad z przezroczysta reklamowka pelna pieniedzy??!!) i zrobic zdjecia. Zdjecia, jak wskazuje nazwa miejsca (Foto Rapido), bylo szybkie, tylko 10 min oczekiwania. Zaklad fotograficzny jest sporych rozmiarow, staja tam ze 3 maszyny do drukowania zdjec, z tego 2.5 wyglada na niedzialajace. Pracownikow krci sie ze 4, chociaz my jestesmy jedynymi klientami i nie wyglada na to, ze maja duzy ruch. Jedno ujecie z cyfrowej lustrzanki i za chwile wydruk. Co mnie zaciekawia to wielkie plachty zrolowane pod sufitem, ale zaraz dostrzegam ich przeznaczenie - chcesz miec zdjecie w zielonym ogrodzie - plachta nr3, w ruinach jakiegos chinskiego miasta - nr2, a moze pustynia?? do wyboru do koloru, kazdy znajdzie dla siebie odpowiednie tlo.

Po odebraniu zdjec i stwierdzeniu faktu, ze wyglada sie jak 100 nieszczesc, idziemy do znanej nam juz Restauracji Centralnej na obiad. Venslau w miedzyczasie naszego czekania na zdjecia, stwierdza, ze pojdzie cos zalatwic, zeby bylo szybciej (szybciej w Afryce - nie da rady!). Jemy obiad, mija kolejna godzina. Okolo 15ej podchodzi do nas wlasciciel lokalu i wrecza komorke, czyzby?? Tak, to Venslau, zaraz podesle kogos do nas, zeby przewiozl nas do biura. Czy on tutaj zna wszystkich??

W biurze idzie juz szybko - przepakowujemy sie do vana i z okolo 16ej jedziemy na budowe, na baze, do naszego gwinejskiego miejsca zamieszkania.

Zdjecia Baty z «ukrytej kamery», bo zabronione podobno jest robienie zdjec.



song na dzisiaj: Michael Buble, Home (I wanna go home! Ja chce do domu!)

sobota, 25 lipca 2009

Witamy w Gwinei Rownikowej

A wiec udalo sie, jestem. Przybylam, zobaczylam, ale czy zwyciezylam-to sie jeszcze okaze.

Zanim postawilam stope na czarnym ladzie, chociaz wedlug mnie bardziej odpowiednia nazwa to czerwony lad, przynajmniej w miejscu gdzie aktualnie jestem, spedzilam mnostwo godzin w samolocie z Frankfurtu. Wystarczylo, zeby zobaczyc 3 filmy:
Transporter 3, Lektor, Slumdog. Milioner z ulicy. Wybor nieprzypadkowy, na zasadzie kino lekkie, latwe i przyjemne, podane w prostej postaci, zreszta wyboru wielkiego nie bylo :) Oczywiscie zamierzeniem moim bylo robic zdjecia i ogladac widoki za oknem jak bedzemy leciec nad Morzem Srodziemnym, Sahara, zachodnia Afryka, ale nie, nie dane mi to bylo. Wszystkie miejsca przy oknie byle zajete, dostalismy te w srodkowym rzedzie. Samolot olbrzymi, pasazerow okolo 200. Gwinea to nie koniec lotu dla niektorych, koncowy przystanek to Nigeria. My bylismy w klasie ekonomicznej, klasa biznes oraz pierwsza opanowana byla glownie przez rdzennych mieszkancow Afryki-«biedna» Afryka, wlasnie widze.

Ladowanie w
Malabo, w stolicy. Godzina 20sta, temperatura 26 stponi C, za oknem ciemno. Stojac w kolejce do odprawy zaczepil mnie rodak, z Gdanska. Pracuje gdzies w okolicach Malabo na platformach. Pewnie uslyszal jak przed samym startem samolotu rozmawialam z Mama. Hehhe ale zbieg okolicznosci. Oczywiscie Sergio komentuje to w typowy dla siebie sposob, «fode-se».
Odprawa - skan paszportu, skanuja linie papilarnych z obu moich kciukow i na koniec jeszcze fotka z kamerki. Podobno to skan siatkowki oka. Robi wrazenie. Ale gdy sie temu przyjrzec blizej to lekcja pokazowa. Zadne skanowanie siatkowki, normalne zdjecie. Panowie funkcjonariusz nie za bardzo chyba jeszcze byli przyzwyczajeni do pracy z nowymi urzedzeniami, bo to ja balansowalam cialem i plecakiem w waskim przejsciu w poszukiwaniu kamery, zeby byc na srodku zdjecia, ale nie kamera byla ustawiana na mnie. W sumie - do kazdej rzeczy mozna podjec z conajmniej dwoch stron :)
Nastepnie obowiazkowe przeszukanie bagazy, czy aby nic groznego nie wwozimy. Sergio powiadal jak jego kolega zabral ze soba 5 par spodni, bojowek-na lotnisku zrobiala sie afera, bo podejrzewano go o chec stworzenia jakies organizacji paramilitarnej :). Potem sprawdzone torby podpisywane sa kreda, nasze mialy zolty wzorek.
Plan byl taki, ze nocujemy w Malabo. Plany oczywiscie sa po to, zeby zycie je modyfikowalo. Lecimy do Baty, tam bedziemy spac. No to lecimy!!! Samolot lokalnego przewoznika jest, zaraz odlatuje, pasazerow mnostwo, trzeba zalatwic bilety, jednej torby nie mozemy ze soba wziac, bo za ciezka do kabiny - mamy wszystko `polapne´, ... tylko w miedzyczasie samolot odlecial. Pech to pech. W Afryce nie ma pecha. Lecimy do innego przewoznika - «samolot bedzie oczywiscie», kupujemy bilety. Tym razem mamy bilety ale jeszcze nie wiadomo do konca czy bedzie samolot. Jest, lecimy. Ladujemy. Caly ten proces mozna bylo ogladac przez przednia szybe samolotu. Kabina pilotow nie byla zamknieta, pewnie ze wzgledu na panujacy w samlocie upal. Mozna bylo zobaczyc jak wyglada kierowanie lotem i ladowanie na zywo. Robi wrazenie. A potem juz tylko Bata. Bem-vindo Bata.
Piesn na dzisiaj: I will survive (w wolnym tlumaczeniu - zywcem mnie nie wezma)

powitanie

witam wszystkich

niedlugo cos sie tutaj pojawi, no chyba ze utone w instrukcjach «jak to kurcze dziala». Cierpliwosci.
W Afryce czas plynie powoli, bardzo powoli...
wersja caly czas testowa(na).